Historia komputerów czasem jest bardziej pasjonująca, w innym miejscu trochę mniej. Pełna porażek i wspaniałych sukcesów. Czasem przez przypadek natrafiamy na momenty, które warto odnotować. Ich zaistnienie to oczywiście przypadek, ale za to jaki interesujący! Dla mnie niesamowitą chwilą w historii domowych komputerów był rok 1985.

Wiadomo, taki Sinclair ZX Spectrum to wręcz niesamowita maszyna, która sprawiła, że komputery trafiły pod strzechy przede wszystkim brytyjskich, a w drugim rzędzie europejskich domostw. W podobny sposób Commodore 64 skomputeryzował USA, a później, nieco wolniej, podbijał też Europę. Można też wymienić kilka innych niesamowitych maszyn, które na stałe zapisały się w historii informatyki, a powstały przed owym wyróżnionym przeze mnie rokiem 1985. No właśnie, dlaczego niby postanowiłem tak mocno zaakcentować ten właśnie rok?

W 1985 roku nawet porażki były jakby mniejsze

To proste: właśnie wtedy swoje premiery miały maszyny, które zapamiętaliśmy na bardzo długo. Ale to za moment, bo nawet ewidentne wtopy producentów nie były tak wielkie jak te późniejsze i wcześniejsze. Od razu podaję kilka przykładów z uzasadnieniem. Po pierwsze to Amstrad PCW, czyli kolejny ciekawy pomysł Alana Sugara na to, jak zrobić tanio coś, co u innych kosztuje więcej. Sugar zaproponował komputer służący przede wszystkim do edycji tekstów. Taką maszynę do pisania, tylko że godną czasów rewolucji komputerowej. Za cenę ułamka kosztów „peceta” z odpowiednim sprzętem mieliśmy monitor, przyzwoity komputer ze stacją dysków (no tak, niestety 3-calową) oraz drukarkę. Marzenie dziennikarza lub pisarza z połowy lat 80. W Polsce jeszcze pod koniec lat 90. niektórzy dziennikarze starej daty przynosili do redakcji rękopisy lub teksty wstukiwane na tradycyjnej maszynie…

Kolejny przykład: Commodore 128. Maszyna spóźniona i dlatego nie odniosła sukcesu. Ale w sumie był to sprzęt arcyciekawy. Po pierwsze, zachował niemal pełną zgodność z Commodore 64, co było niesamowicie ważne ze względu na gigantyczną liczbę gier i aplikacji. Wystarczyło włączyć tryb ze starym ROM-em i prawie wszystko hulało bez problemu. Do tego mieliśmy tryb 128, w którym do dyspozycji były znakomity BASIC w nowej wersji, 128 KB RAM-u oraz szybsze procedury współpracy z nową stacją dysków. Rewelacja. I na tym nie koniec, bo odwodzie zostawał jeszcze procesor Z80,  a dzięki niemu nieprzeprane aplikacje dla systemu CP/M. Commodore na szczęście nie próbował wciskać dziwnej stacji jak Amstrad. Można było korzystać z tanich, 5,25-calowych dyskietek albo nawet 3,5-calowych, jeśli ktoś kupił droższą stację 1581.

Zmierzch ośmiu bitów

Commodore 128 był zresztą jedną z aż czterech w pewien sposób ważnych maszyn, które pojawiły się w 1985 roku. Ważnych, bo symptomatycznych. Ważnych, ponieważ pokazały, że producenci rewelacyjnych komputerów z początku lat 80. troszkę za bardzo ufali w to, że da się jeszcze przez długi czas utrzymać rynek 8-bitowców, tyle że w bardziej rozbudowanej wersji. Jakie premiery obyły się za zatem 33 lata temu oprócz 128-kilobajtowego Commodore’a?

Po pierwsze, było to ZX Spectrum 128, czyli ostatni oryginalny Sinclair przed tym, jak brytyjską firmę kupił Amstrad. Co ciekawe, pierwsza prezentacja „128-ki” odbyła się w Hiszpanii, a nie w Wielkiej Brytanii. To dlatego, że za opracowanie tego komputera w sporym zakresie odpowiadał hiszpański oddział Sinclaira. I także dlatego, o czym już pisałem w krótkiej historii Sinclaira, że w Zjednoczonym Królestwie było jeszcze mnóstwo niesprzedanych ZX Spectrum +, zatem sir Clive Sinclair stwierdził, że chwilę poczeka z premierą lepszego komputera. Jak się okazało, była to marna decyzja.

W 1985 roku na rynek trafiły też odświeżone modele 8-bitowych Atari, czyli 65XE oraz 130XE, przy czym XE oznaczało „XL-Expanded”. Z tym rozszerzeniem to było tak, że właściwie go nie było, bo 65XE było w zasadzie uproszczonym, tańszym w produkcji 800XL, w którym – w pierwszych wersjach – zabrakło złącza PBI. Ciekawszą nowością było 128-kilobajtowe 130XE, które z kolei wyposażono w nowy interfejs ECI (ang. Enhanced Cartridge Interface), pod względem wyprowadzonych sygnałów niemal identyczny z PBI. To jednak tylko ciekawostka dla koneserów. Prawda jest taka, że oba komputery nie odniosły już zbyt wielkiego sukcesu, choć akurat w Polsce cieszyły się dużym powodzeniem, ponieważ sprowadzał je Pewex, a później także firma Karen.

Na koniec pozostaje trzeci 8-bitowy 128-kilobajtowiec, czyli Amstrad CPC6128, też pokazany w 1985 roku i początkowo sprzedawany jedynie w USA, ale bez większych sukcesów. Przed końcem 1985 roku nowy Amstrad zawitał też do Europy, gdzie zastąpił brzydkiego CPC664. Uroda to oczywiście rzecz gustu, ale Amstrad CPC6128 był lepiej dopracowany niż jego przejściowy poprzednik. O sukcesie w jego przypadku też nie ma mowy, ale dzięki wbudowanej stacji i niezłej cenie (299 funtów z zielonym monitorem, w przeliczeniu na wartość funta w 2018 roku – około 878 funtów), najmocniejszy Amstrad znalazł jednak pewne grono zwolenników.

Tak na marginesie dodam jeszcze, że również dla mnie 1985 rok był ważny, bo właśnie wtedy dostałem pierwszy komputer, czyli moje ZX Spectrum z gumową klawiaturą kupione za austriackie szylingi w Baltonie, która wówczas sprowadzała niektóre komputery do Polski. „Gumiak” był ze mną przez dobre kilka lat, a później zamieniłem go na Commodore’a 64, więc akurat w Polsce nie można mówić o zmierzchu 8-bitowców.

Zwiastuny rewolucji

No tak, ale porażki to nie jest przecież najważniejsze wydarzenie, jakie można sobie wyobrazić. Tylko że w 1985 roku miały miejsce także prezentacje dwóch, które – to nie przesada – dokonały rewolucji w świecie domowych komputerów. Sprawiły, że świat maszyn profesjonalnych i tych do gier zaczął się mocno do siebie zbliżać. To właśnie wtedy do gry weszły 16-bitowe komputery za rozsądną cenę. To właśnie wtedy pojawiły się systemy operacyjne, dzięki którym dziś mamy takie MacOS oraz Windows. Fakt, już w 1983 roku powstał Apple Lisa z pierwszym, prymitywnym graficznym interfejsem użytkownika (ang. GUI), ale kosztował majątek, czyli, w momencie premiery, niemal 10 tys. dol. (dziś odpowiadałoby to niemal 30 tys. dol.). Mało kto mógł sobie pozwolić na taki wydatek. To prosta prawda: nie sztuka zrobić coś przełomowego, co kosztuje majątek. Przecież w luksusowych samochodach od lat mamy wspaniałe, elektroniczne systemy, które w tych tańszych dopiero się pojawiają. Tak samo było w świecie komputerów. Prawdziwa rewolucja obyła się dzięki maszynom z dobrym GUI, dostępnym dla niemal każdego. I nie były to pecety z beznadziejnym Windows 1.0, które miało swoją premierę pod koniec 1985 roku.

Rewolucja trafia pod strzechy

Wcześniej na rynek trafiły dwie znakomite konstrukcje dwóch firm, które ze sobą rywalizowały. Obie wykorzystujące ten sam procesor, czyli Motorolę 68000. Pierwszy z tych komputerów to 16-bitowy Commodore Amiga 1000, którego pokazano po raz pierwszy w lipcu 1985 roku. Pierwsza cena? Mniej niż 1300 dolarów! Na pokładzie było 256 KB RAM, a do obsługi służył niesamowity, wielozadaniowy system o nazwie Kickstart, którego uzupełnieniem było GUI o nazwie Workbench. Amiga wszystkich zadziwiała absolutnie rewelacyjnymi możliwościami graficznymi i dźwiękowymi, a także realnie wielozadaniowym systemem operacyjnym. Równie dobrego OS-u nie zrobił nikt przez wiele lat.

Druga rewolucyjną maszyną było Atari ST, przedstawione w czerwcu 1985 roku. Niesamowity sprzęt! Nie dość, że 16-bitowy, to jeszcze o sporych możliwościach graficznych i z niezłym dźwiękiem realizowanym przez słynnego w latach 80. AY-a. W porównaniu z Amigą, Atari ST miało mniejsze możliwości, lecz jego cena była absolutnie nie do pobicia. W momencie premiery komputer z dedykowanym, monochromatycznym monitorem kosztował zaledwie 799 dolarów! Tak, chodziło o 16-bietowy komputer z 512 KB RAM-u! Atari ST, jak Amiga, wykorzystywało system operacyjny Atari TOS (ang. Tramiel Operating System – od nazwiska byłego szefa Commodore’a, który po zakończeniu kariery w Commodore kupił sobie Atari) oraz graficzną nakładkę GEM. To uporządkowany, prosty w obsłudze graficzny interfejs. Tyle że Atari nie było wielozadaniowe.

Zarówno Commodore Amiga (później pokazane w postaci tańszej Amigi 500), jak i Atari ST to była wielka zmiana na plus. Za relatywnie niewielkie pieniądze można było kupić komputery, które biły na głowę pecety, których popularność już wtedy rosła, ale ich ceny nadal były wysokie. Zresztą w tamtym czasie komputery PC najczęściej korzystały z „beepera” do generowania efektów dźwiękowych (AdLib to zdaje się dopiero 1987 rok), a ich największe możliwości graficzne to karta EGA – z bitmapami o maksymalnej rozdzielczości 640 x 350 w 16 kolorach z dostępnych 64.

Amiga dawała do dyspozycji paletę 4096 kolorów, dający pełną kontrolę nad obrazem blitter oraz czterokanałowy dźwięk oparty na samplach. Atari ST z kolei generowało czysty, wyraźny obraz na swoich dedykowanych monitorach, ale przede wszystkim dawało naprawdę dużą moc obliczeniową oraz spore możliwości graficzne i dźwiękowe za rozsądną cenę – to był ważny atut komputera firmowanego przez Jacka Tramiela, który wcześniej przez wiele lat szefował firmie Commodore i był ojcem sukcesu Commodore’a 64. Zawiłe losy tego biznesmena o polskich korzeniach to zresztą temat na osobną, ciekawą historię.

Kategorie: Blog

1 Komentarz

Moja najlepsza przyjaciółka, czyli historia Amigi - RetroFan · Grudzień 22, 2018 o 3:35 pm

[…] Amigi, jak wielu innych sprzętów w tamtych czasach, nie były łatwe. W 1985 roku (o czym pisałem w innym tekście) dokonywała się rewolucja, a wiele firm odniosło porażki starając się wycisnąć, niczym sok […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: